0
KaG 18 stycznia 2017 18:54
Ale ten czas szybko leci, niedługo minie pół roku od kiedy byliśmy na południu Włoch, a ja mam wrażenie jakby to było wczoraj. Tygodniowy pobyt w ciepłej Italii kończący wakacje przyniósł nam wiele wrażeń i emocji. Każdy z regionów, które odwiedziliśmy był inny i obok żadnego z nich nie można było przejść obojętnie, a wyprawa we czwórkę z Mateuszem i Sylwią okazała się być świetnym pomysłem, bo co cztery głowy to nie dwie.

Dzień pierwszy

Lot mieliśmy z Katowic do Bari, gdzie wylądowaliśmy późnym wieczorem. Na nocleg wybraliśmy hotel Giardino w pobliżu lotniska. Bardzo fajny ośrodek a rosnące obok naszych bungalowów granaty i limonki, szybko stały się uzupełnieniem kolacji, którą postanowiliśmy zjeść na chodniku przed jednym z domków. Wieczór szybko minął nam na pogawędkach i planowaniu poszczególnych dni wyprawy, a zapach rosnących dookoła cytrusów rozbudził nasze wyobraźnie.



Dzień drugi

Hotelowe śniadanie zjedliśmy wcześnie rano. Bardzo smakowały nam włoskie crossanty, które wiodły prym podczas całego posiłku. Były tak dobre, że postanowiliśmy zabrać po jednym na drogę (wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że na koniec wyprawy będziemy mieć ich wszyscy po dziurki w nosie i będziemy marzyć, aby w kolejnym hotelu na śniadanie była jajecznica – choćby w proszku).



Celem naszej podróży na ten dzień było dotarcie do Rzymu. Na początek postanowiliśmy jednak obrać kierunek na półwysep Gargano i do znajdującego się tam parku narodowego. Bardzo piękne widoki, kręte wąskie drogi biegnące wzdłuż wybrzeża, które nawet mnie przyprawiły o zawrót głowy - gdzie ja naprawdę lubię takie trasy. Jadąc przez półwysep, dokładnie w połowie wstąpiliśmy na plażę, z której rozprzestrzenia się widok na piękne miasto Vieste. Niestety nie mieliśmy zbyt wiele czasu na pluskanie w Adriatyku i już po godzinie byliśmy gotowi do dalszej drogi w kierunku Monte Cassino. Nie jechaliśmy autostradą, więc droga mijała nam raczej powoli, a my mieliśmy czas nakarmić nasze oczy pięknymi widokami. Niestety tylko oczy, bo reszta z nas domaga się szybkiego postoju na posiłek.





Obiad postanowiliśmy zjeść w jednej z przydrożnych restauracji. Nie spodziewaliśmy się jednak, że będzie tak ciężko znaleźć wolne miejsce. Co prawda była niedziela a do tego godziny około obiadowe, ale ilość osób i dosłowne kolejki do stolików w przydrożnych barach, gdzieś na odludziu trochę nas zdziwiły. Postój w pierwszej restauracji okazał się być całkowitą stratą czasu. Właściciel wydawał się być miły, jednak w ogóle nie mówił po angielsku. Z jego zachowania mogłoby się wydawać, że zaraz nas obsłuży, a jego ciągły uśmiech napawał nas nadzieją, że posiłek będzie naprawdę dobry. Po około 30 min, ciągłego czekania zwątpiliśmy i ruszyliśmy dalej. Po kilku próbach w końcu usiedliśmy przy stoliku. Do jedzenia wybraliśmy oczywiście makarony i wino. Wspaniały posiłek, po którym chciałoby się rozłożyć wygodnie w fotelu i zacząć siestę.



Niestety było jeszcze sporo kilometrów przed nami. Chcieliśmy zobaczyć Polski Cmentarz na Monte Cassino, a zaczynało robić się już coraz później. Na miejsce dotarliśmy chwilę przed 19.00. Szczęście, bo okazało się, że obiekt jest czynny właśnie do tej godziny. Spotkała nas tam jeszcze jedna miła niespodzianka. Wszędzie w pierwszej kolejności znajdują się napisy w języku polskim, dopiero później włoskim i angielskim, a w dodatku Pani która tam pracuje bardzo dobrze mówi po polsku. Bardzo miłe uczucie. Cmentarz, podobnie jak góra na której się znajduje zrobił na nas ogromne wrażenie, jest piękny, wszędzie są polskie flagi i symbole. Będąc tam, naprawdę można czuć dumę.







Z Monte Cassiono obraliśmy kierunek do Rzymu. Najpierw zdecydowaliśmy się na drogi lokalne, jednak szybko z Mateuszem doszliśmy do wniosku, że trzeba wyciągnąć z kieszeni kilka euro i wjechaliśmy na autostradę. W Rzymie byliśmy późnym wieczorem. Pokoje zarezerwowaliśmy w prywatnej kwaterze Villino Elda. Akurat gdy dojechaliśmy na miejsce, gospodarze wspólnie z przyjaciółmi robili imprezkę, na którą chcieli nas zaprosić. Skończyło się jednak na małej degustacji włoskiego wina. Pozostałą część wieczoru spędziliśmy na tarasie, pijąc pyszne trunki, śmiejąc się i odpoczywając. Tego dnia przejechaliśmy lekko ponad 600 km. Naprawdę szacunek dla nas, bo to był długi i męczący dzień.



Dzień trzeci

Wcześnie rano zjedliśmy śniadanie przygotowane przez gospodarzy i ruszyliśmy na zwiedzanie Rzymu. Plan był ambitny, bo chcieliśmy pokazać Mateuszowi i Sylwii najciekawsze atrakcje w zaledwie jeden dzień. Sporo, ale jest to do zrobienia. Wybierając nocleg zwracaliśmy uwagę, by było blisko metra, więc szybko dotarliśmy na Piazza Barberini. Stamtąd spacerkiem, udaliśmy się pod Fontannę di Trevi, a następnie Pantenon. Kolejne punkty na naszej mapie to Piazza Novana i Watykan. Mateuszowi bardzo zależało żeby zobaczyć grób św. Jana Pawła II. No i tu pojawił się mały problem, bo gdy dotarliśmy do Bazyliki Świętego Piotra okazało się, że grób był zasłonięty. Dowiedzieliśmy się, że dostępny do zwiedzania będzie dopiero za dwie godziny. Nie mieliśmy tyle czasu więc trzeba było coś wymyślić. Chwilę pokręciliśmy się po Bazylice oglądając freski, a przy okazji kombinując jak zobaczyć to co interesuje nas najbardziej. W pewnym momencie dostrzegliśmy, że kotara była delikatnie odsłonięta, więc powoli, bokiem Mati przeszedł za zasłonę i zrealizował jeden z celów swojej podróży. Ja nie wchodziłem, by nie drażnić ochrony. Grób już widziałem.











Praktycznie u bram Watykanu zjedliśmy lody dla ochłody (było naprawdę gorąco). Lodziarnia Old Bridge. Wspaniałe włoskie lody (porcja 2 euro). Po chwili odpoczynku poszliśmy w kierunku Zamku Świętego Anioła a następnie do pizzerii Da Baffetto przy Via del Governo Vecchio 114, która śniła mi się prawie przez cały rok od ostatniego pobytu w Rzymie. Jedząc myślałem, że to najlepsza pizza w moim życiu, ale wtedy nie byłem jeszcze w Neapolu. Jedyną wadą pizzerii Da Baffetto są niestety dość wysokie ceny. Moja pizza kosztowała np. 13 euro.







Z pełnymi i sytymi brzuszkami ruszyliśmy pięknymi, rzymskimi uliczkami w kierunku Ołtarza Ojczyzny i Grobu Nieznanego Żołnierza. Następnie zwiedziliśmy ruiny Forum Romanum i Koloseum, które były ostatnim punktem naszej rzymskiej wyprawy. Późnym wieczorem dotarliśmy autostradą na przedmieścia Neapolu, gdzie dwa noclegi zaplanowaliśmy w Hotelu La Fayette. Z Rzymu jest to odległość około 200 km, jednak droga przebiegła nam dość szybko a kanapki z włoskiej szynki, rukoli i pomidorów przyrządzone przez Kasię i Sylwię bardzo nam ją umiliły. Koszt autostrady to chyba 14 euro.
Nie opisuję szczegółowo naszej wizyty w Rzymie, gdyż podobną odbyliśmy rok temu i pod poniższym linkiem znajduje się więcej szczegółów: https://kag.fly4free.pl/blog/1500/odrobina-magicznej-italii-bolonia-piza-i-rzym/


Dzień czwarty

Pobyt w hotelu La Fayat, przebiegał bardzo przyjemnie i można go śmiało polecić. Rano mieliśmy dylemat czy jechać na Wezuwiusza, czy może lepiej inaczej zagospodarować ten dzień. Doszliśmy jednak do wniosku, że największą atrakcją tego wulkanu jest móc zobaczyć jego ogrom na tle panoramy Neapolu, więc wchodzenie na jego szczyt nie ma sensu. Wybraliśmy więc inny cel na nasze przedpołudnie. Pojechaliśmy zobaczyć oddalone o około 10 km od hotelu Solfatara di Pozzuoli. Wstęp kosztuje 7 euro. Niby sporo, ale moim zdaniem naprawdę warto! Biletów jako takich nie otrzymaliśmy, ale w kasie wręczono nam mapkę tego niezwykłego miejsca. Na terenie całego rezerwatu znajdują się 24 kratery wulkaniczne z których wydobywają się opary siarki. Temperatura wyziewów z niektórych kominów sięga nawet +160 stopni C. Dodatkowo wszędzie unosi się specyficzny zapach siarki. Miejsce jest na prawdę ciekawe i warto je odwiedzić. Obejście rezerwatu zajęło nam około godziny, więc już w południe byliśmy gotowi do drogi w kierunku Neapolu.



Jest to zaledwie około 15 kilometrów więc liczyliśmy, że autostradą będziemy na miejscu BEZ PROBLEMÓW w kilka minut. Szybko przekonaliśmy się jednak, że to co piszą o Neapolu jest prawdą. To miasto jest prawdziwą drogową dżunglą. W jakiś dziwny sposób dojeżdżając do bram metropolii zaczynają znikać wszystkie drogowe zasady i przepisy. Samochodów robi się coraz więcej. Na zjeździe z obwodnicy tłok, gwar i wszechobecny dźwięk klaksonu, który towarzyszył nam przez cały pobyt w tym dziwnym mieście. Wyrysowane na asfalcie pasy, są tam chyba tylko po to żeby były, bo nikt nie zwraca na nie uwagi. Niewiele brakowało a nasza wypożyczona nowiutka skoda zostałaby przerysowana przez jeszcze nowsze BMW X5, którego właściciel zachowywał się jakby jechał czołgiem, a nie świeżo wyprowadzoną z salonu furą. Dla mnie szok, dla Mateusza, który tego dnia był kierowcą też, a dla dziewczyn z tyłu....cóż. Musieliśmy zareagować, aby się uspokoiły, dały nam bezpiecznie przetrwać te trudne chwile i szczęśliwie dotrzeć do naszego parkingu. Z racji tego, że dużo czytałem o kradzieżach samochodów w Neapolu już wcześniej wybraliśmy strzeżony parking, który jest w miarę blisko centrum i zjazdu z obwodnicy. Szczęście.... za 10 euro zostawiamy auto na cały dzień pod okiem monitoringu (parking znajduje się przy Via Brin).



Stamtąd poszliśmy w kierunku centrum. Jakoś nie mieliśmy pomysłu na zwiedzanie tego miasta. Niektórzy mówią, że o urokach Neapolu stanowi jego chaotyczne centrum i wszechobecny gwar. Cóż... mnie to nie urzekło a jedynie doprowadziło do tego, że trochę pobłądziliśmy i zobaczyliśmy kilka miejsc, gdzie raczej rzadko uczęszczają turyści. Średnio ładnie i średnio fajnie, ale na pewno w bardzo specyficznym klimacie. Jeżeli ktoś oglądał serial Gomorra to wie o czym mówię. Oddaje on w stu procentach klimat tego miasta. Jak ktoś to lubi to mu się spodoba. Ja nie lubię, więc mi się to zupełnie nie spodobało.









Jedna z głównych ulic Gregorio Armeno, na której znajdują się stragany z szopkami i figurkami celebrytów, też nas nie powaliły na kolana. Chociaż fakt, iż wśród nich znalazł się Arek Milik, było miłym zaskoczeniem, bo w końcu był to dopiero początek sezonu i najlepsze mecze były jeszcze przed nim. Później odwiedziliśmy jeszcze kilka placów i kościołów takich jak Katedra San Gennaro, czy Plac San Domenico Maggiore. Następnie udaliśmy się w kierunku Via Toledo, jednej z bogatszych ulic w mieście i galerii Umberto I, w której większość butików okazała się być nieczynna z powodu siesty. Galeria została wybudowana na wzór tej w Mediolanie. Chyba najciekawszym zabytkiem tego specyficznego miasta jest zamek Nuovo, który jest naprawdę ładny i można w jego okolicy spędzić kilka fajnych chwil.









Stamtąd zmęczeni, spoceni (na domiar wszystkiego było akurat bardzo gorąco), poszliśmy na pizze licząc, że ona zrekompensuje nam uroki tego miasta. Wybieraliśmy chyba jedną z najbardziej znanych pizzerii w Neapolu, czyli Pizzerie da Michele. Przed wyjazdem czytałem na blogu relację z jedzenia pizzy w tym lokalu. Zastanawiałem się, jak to jest możliwe,żeby będąc w Neapolu napisać bloga o jedzeniu pizzy, a nie o mieście. Teraz już wiem. Pizza tam jest kosmiczna, wspaniała, tania (od 4 do 5 euro) najlepsza jaką jadłem, a miasto wręcz przeciwnie. Jeżeli miałbym wrócić do Neapolu to tylko na tą pizze. Lokal, w którym znajduje się pizzeria ma wspaniały klimat. Są tam stare płytki, na wprost wejścia piec do wypiekania pizzy a na ścianach widnieją zdjęcia znanych osób, które odwiedzały pizzerię m.in. Maradona, Julia Roberts. Naprawdę fajne miejsce.







Podsumowując: Neapol to całkiem inne Włochy. Miasto, obok którego na pewno nie można przejść obojętnie. Miasto które albo się pokocha od pierwszego wejrzenia, albo znienawidzi. Dla mnie zaskoczeniem było, że może tak bardzo różnić się od pozostałej części kraju.














Dzień piąty

Neapol opuściliśmy z nadzieją, że dalej na południu jest już inaczej. Postanowiliśmy pojechać na półwysep Amalfi. Wybraliśmy trasy widokowe przez góry, wzdłuż wybrzeża. Są piękne, chociaż jak na złość dzień był dość pochmurny i zdjęcia nie wychodziły tak jak byśmy tego chcieli. Na półwyspie jest mnóstwo turystów, drogi są wąskie, więc trzeba uważać.











Celem naszej podróży był hotel Ancora. Jest on oddalony zaledwie o 160 km od Neapolu i byliśmy tam już w południe. W planie na resztę dnia mieliśmy wypoczynek na plaży znajdującej się przy samym hotelu. Trzeba było naładować baterię, po kilku dniach intensywnego zwiedzania. Popołudnie zapowiadało się pięknie, leżaczki, parasole, ciepła woda w morzu Tyrreńskim, piwko i błogi relaks. Niestety pojawił się jeden mały problem – zaczęło się chmurzyć, a po 17 zrobiło się już całkiem niefajnie i musieliśmy wrócić do hotelu. Wieczorem niezrażeni popadującym deszczem postanowiliśmy pójść nad wodę i tam napić się szampana. Na koniec dnia pizza na tarasie hotelowym, szum fal i wino. Pięknie skończył się ten dzień w pięknym miejscu i wspaniałym towarzystwie.






Dzień szósty.

Jedziemy do Apulii. Był to ostatni region jaki mieliśmy w planie odwiedzić. Wybraliśmy jazdę autostradą więc droga mijała nam naprawdę szybko. Mieliśmy sporo zaoszczędzonego czasu więc w pewnym momencie postanowiliśmy skręcić maksymalnie na południe i szukać trzeciego morza na naszej mapie podróży czyli Morza Jońskiego.



Zupełnie przypadkowo trafiliśmy do niewielkiej miejscowości o nazwie Torre Mare. Woda ciepła, słońce w zenicie więc kilkugodzinny wypoczynek można było zaliczyć do udanych. Morze fajne, ale zdecydowanie najbardziej podobał mi się Adriatyk. Przed wyjazdem w dalszą drogę postanowiliśmy poszukać czegoś do zjedzenia. W okolicy było kilka eleganckich restauracji, jednak my wybraliśmy będącą na uboczu małą, skromną knajpkę prowadzoną przez starszego Pana, który niestety nie mówił po angielsku. Na obiad trochę na migi zamawiamy owoce morza z makaronem. Wyglądało to w ten sposób, że on nam przynosił z kuchni produkty, a my wybieraliśmy te które chcieliśmy, żeby mam przygotował do jedzenia. Fajnie i bardzo smacznie. W podziękowaniu dostał polskie ciastka, które chyba też mu smakowały.



Po wspaniałym posiłku postanowiliśmy ruszyć w kierunku Matery. Jadąc do Apulii nie mogliśmy odpuścić sobie wizyty w miasteczku wpisanym na listę UNESCO. Miejsce jest piękne, czyste i zadbane, a jego historyczna część zwana Sassi z budowlami wykutymi w skale, jest niesamowita. Jej panorama do złudzenia przypomina starożytną Jerozolimę. Podobno to jedno z najstarszych, nieprzerwanie zamieszkałych miast świata. W kilku filmach m.in. w Pasji Mela Gibsona Sassi odgrywało rolę starożytnej Jerozolimy, do której faktycznie jest do złudzenia podobne.



Wieczorem dojechaliśmy do miejsca naszych dwóch ostatnich noclegów. Wybraliśmy noclegi w Bed &Breakfast Grotta Cilicia niedaleko Arbelobello. Domek Truli w którym postanowiliśmy nocować powalił nas na kolana. Chyba po raz pierwszy przydarzyło mi się, że hotel w rzeczywistości wyglądał lepiej niż w folderach na bookingu. Szok i niedowierzanie. Warto polecić, szczególnie, że cena jaką przyszło nam zapłacić za dwie noce wcale nie była wysoka, bo 180 euro za czteroosobowy domek z kuchnią i łazienką oraz śniadaniem.





Dzień siódmy

Na przedostatni dzień pobytu zaplanowaliśmy dwie atrakcje. Rano po śniadaniu wyruszyliśmy w kierunku Otranto z zamiarem „aktywnego” wypoczynku na plaży. W przewodnikach piszą, że jest to bardzo piękne miasto z fantastyczną plażą. Zatoka, przy której się znajduje jest ciekawie położona, woda jest spokojna, ciepła i niezwykle lazurowa. Najpiękniejsza plaża jaką widzieliśmy podczas całego pobytu. Do tego piękna pogoda, więc spędzamy tam kilka dobrych godzin, aż nasza skóra zaczyna mieć dość słońca. Później fantastyczny obiad w pięknej, portowej scenerii i ruszyliśmy dalej.





Po obiedzie pojechaliśmy do Lecce. Mówi się, że to taka mała Florencja. Faktycznie. Miasto jest bardzo ładne, urokliwe i zadbane, a barokowa zabudowa i zabytki z okresu cesarstwa rzymskiego mogą się bardzo podobać.













Dzień ósmy

Czas szykować się do powrotu. W planie na przedpołudnie mieliśmy odwiedziny w Arbelobello oddalonym zaledwie o kilka kilometrów i wizyta na znanej plaży w Polignano a Mare. Alberobello jest ciekawym miejscem, wartym odwiedzenia. Jest to największe skupisko kamiennych, tradycyjnych domków dla regionu Apulii, czyli Truli.









Ostatnią atrakcją naszego pobytu miała być wizyta w Polignano a Mare, oddalonym o zaledwie 20 min. drogi od Bari. Tarasy widokowe i wąskie uliczki znajdujące się w miasteczku bardzo na się spodobały. Widok na plażę znajdującą się w większości folderów jest prawie taki sam jak na zdjęciach. Zderzenie wielkich skał porośniętych kwiatami z intensywnymi kolorami wody i nieba, powodował ogromne uśmiechy na naszych twarzach. Z zadowoleniem udaliśmy się w kierunku wody by również dotknąć tego miejsca. Niestety ciężko było nam znaleźć wolne miejsce na rozłożenie ręczników. Gdy w końcu udało się nam gdzieś wcisnąć okazało się, że zaczerpnięcie kąpieli będzie dla nas nie lada wyzwaniem. Niestety piękno widoków nie idzie w parze z przyjemnością z kąpieli. Ostre i śliskie kamienie w połączeniu z dużymi falami sprawiły, że szybko wyszliśmy z wody i postanowiliśmy poszukać innej plaży.






Kilka kilometrów dalej, trafiamy na zupełnie dziką zatokę, gdzie byli tylko lokalni mieszańcy. Było to idealne miejsce na ostatnią kąpiel przed powrotem. Na plaży było sporo dzieci, które próbowały łapać kraby. Widząc, że nie idzie im zbyt dobrze postanowiłem im pomóc z przekonaniem, że na pewno kilka złapie. Cóż.... okazało się, że w tej dyscyplinie 5-latki są ode mnie zdecydowanie lepsze. Niestety czas szybko mijał i zanim się obejrzeliśmy trzeba było zbierać się w kierunku lotniska. Po drodze szybkie zakupy (oczywiście parmezan i wino) i już chwile później siedzieliśmy w samolocie do domu... planując kolejną podróż, bo ta była naprawdę bardzo udana!








Dodaj Komentarz